— Po pierwsze: dokładacie się do wydatków. Konkretnie. Co miesiąc. — Po drugie: macie jeszcze dwa miesiące. Ani dnia więcej. — Po trzecie… Spojrzałam na Karolinę. — Rozmawiacie ze mną z szacunkiem. Bez diagnoz. Pobladła.
— A jeśli się nie zgodzimy? Wzruszyłam ramionami. — Wtedy szybciej szukacie mieszkania. Cisza zawisła gęsta. Tomasz pierwszy skinął głową. — Dobrze.
Karolina zwlekała. Potem powoli odłożyła kanapkę z powrotem na talerz. — Ja… przesadziłam — powiedziała. — Może. Uniósł mi się kącik ust. — Może? Wciągnęła powietrze.
— Przesadziłam. To było wypowiedziane z trudem. Ale wypowiedziane. Usiadłam z powrotem. — Dobrze. Wsuwając torbę nogą pod stół, dodałam: — I jeszcze, Karolino.
Podniosła wzrok. — Jeśli chcesz mówić o psychologii — mów. Tylko nie z pozycji kogoś wyżej. Bo ja nie jestem projektem do terapii. Skinęła głową. Niepewnie. Ale skinęła.
Wzięłam czysty kawałek chleba. Wyjęłam z lodówki drugą, mniejszą puszkę kawioru. Otworzyłam. — A teraz — powiedziałam spokojnie — dokończmy kolację. Zanim marchew całkiem się spali. I po raz pierwszy tego wieczoru zrobiło się nam przy tym stole trochę ciasno. Ale uczciwie. I naprawdę.
Leave a Comment