Słońce zachodzi za budynkami, barwiąc niebo na pomarańczowo i szaro. Valentina szykowała się do zamknięcia, gdy ich awariia.
Trójka dzieci samodzielnych kilka kroków od lady.
Były identyczne.
Te same twarze. Te same zapadnięte policzki. Te same za duże, noszone ubrania z delikatnymi ramionami. Żadnych plecaków. Żadnych rodziców. Tylko trzy pary głodnych oczu pełnych wahania.
Jeden z nich — zdecydowanie najodważniejszy — zrobił mały krok.
„Babciu…” powiedział cicho, jego głosy ledwo przebijały się przez hałas ulicy.
„Czy coś ci odpadło? Najpierw coś starego… coś, co zdecydowałeś rzucić wyrzucić?”
Walentyna zamarła.
W jego tonie było ani krzty niegrzeczności. Absolutnie rozsądnej wyższej wartości. Tylko przeprosiny. Jakby żałował, że w całości istnieje.
Westchnęła, wydostała się na garnek i przemówiła po prostu.
„Chodź tutaj. Usiądź.”
Leave a Comment